6°C bezchmurnie

Partyzantka działała prężnie. Wywiad z Józefem Łyżwą – Żołnierzem Wyklętym z regionu radomskiego.

Karolina Kozieł: Jak wspomina Pan dzieciństwo?

Józef Łyżwa: Urodziłem się 13 września 1921 roku. Skończyłem szkołę podstawową w Skaryszewie. Chłopiec ze wsi miał większe trudności, żeby dostać się do szkoły, do miasta. Poszedłem więc do prywatnego gimnazjum w Pionkach. Dzieciństwo wspominam dobrze. Dużo zajęć było na wsi, ale na szkołę też był czas. Dziadek mój miał swoją broń, więc czasem uczył mnie, jak ją rozbierać i czyścić. Pozwalał nawet strzelać.

Pamięta Pan nadejście wojny?

Jakby to było dzisiaj. Miałem jechać do gimnazjum. Obudziliśmy się z ojcem bardzo rano, po trzeciej. Ojciec miał mnie zawieść furmanką, bo trzeba było wziąć na stancję ziemniaki, kaszę, szynkę. Po śniadaniu szykujemy się do wyjścia i nagle słyszymy bombardowanie lotniska w Radomiu. Nasz dom był położony od niego ok. 7 km w linii prostej.

Przeczuwaliście, co to oznacza?

Tak, nie mieliśmy wątpliwości. Jest wojna. Koło południa zobaczyliśmy, jak tłum ludzi idzie z Radomia. Nasza rodzina, znajomi, około 50 osób. Powiedzieli nam, że zbombardowano budynek na wprost dworca. Chcieli zniszczyć dworzec, ale nie trafili.

Co działo się później?

8 września zakończyła się bitwa pod Iłżą. Zaczynają spływać żołnierze, proszą o jedzenie i ubiór. Udało nam się z ojcem w tym czasie zgromadzić 10 karabinów i jednego wisa, którego miałem do końca wojny. Ze strachu przed wydaniem, zakopaliśmy broń na polu. W listopadzie zaczęli przychodzić na wieś biedni mieszkańcy Radomia. Prosili o jedzenie. My dzieliliśmy się tym, co ziemia zrodziła, u nas to były ziemniaki. W tym czasie zaczęły się dywagacje na temat stworzenia organizacji.

W jaki sposób wstąpił Pan do organizacji?

Sąsiad, Jan Cis mi to zaproponował. Nie wahałem się. Przysięgę złożyłem 15 maja 1940 roku. Jednocześnie wstąpiłem do II Oddziału Wojska Polskiego – wywiad i kontrwywiad. Przed zakonspirowaniem oddałem karabiny, żeby się nie zmarnowały. Trzy zostawiłem dla rodziny, do obrony.

Na czym polegała Pana działalność w organizacji?

Wykonywałem różne zadania. Na początek spisywałem dywizje niemieckie przejeżdżające przez Skaryszew, na trasie Starachowice – Radom. Później zostałem wytypowany, razem z 2 oficerami, do tropienia bandytów, którzy napadali i okradali bogatszych mieszkańców okolicy. Ścigaliśmy także dezerterów. W marcu 1942 roku rozpoczął się okres zrzutów. Byłem łącznikiem. Zorganizowałem siatkę kontaktów. W podobwodzie Skaryszew miały miejsce dwa zrzuty broni z samolotów angielskich. Pierwszy w Modrzejowicach, drugi w lesie Makowieckim. W tym drugim brałem udział. Byłem dowódcą patrolu, 5 chłopców z karabinami. Miałem szmajsera niemieckiego i dwa granaty. Moim zadaniem było obstawienie drogi, która była jedyną możliwością dojazdu do miejsca zrzutu. W razie przybycia Niemców miałem rzucić granat, który zasygnalizowałby wszystkich o niebezpieczeństwie, a że z dwóch stron był gęsty las, wszyscy bez problemu by uciekli.

I przychodzi czas nadejścia wyzwolicieli Rosjan . Jak pamięta Pan ten okres?

Był to grudzień. Pod las podjechały radzieckie czołgi. Ludzie przyjmują ich do swoich domów. Niby się cieszą, ale tak naprawdę nikt nie wie, jak to będzie. Po pewnym czasie następuje szereg aresztowań. Udało mi się uciec do Radomia, tam spotkałem kolegów i znów zaczęliśmy się organizować.

Czym tym razem się zajmowaliście?

Dwie akcje najbardziej zapadły mi w pamięć. Pierwsza to była pomoc Antoniemu Hedzie ps. „Szary” w rozbiciu więzienia kieleckiego w 1945 roku, w celu uwolnienia więźniów, głównie bojowników i innych polskich żołnierzy. Wszystko udało się wykonać. Powodzenie akcji zachęciło do dalszych działań. We wrześniu 1945 roku brałem udział w udanym rozbiciu więzienia w Radomiu.

Co się działo potem?

Przyszła zima. Wszyscy się gdzieś zaszyli. Ja odszedłem z organizacji. Podpułkownik Zygmunt Żywocki załatwił wyjazd na stronę aliantów, przez Czechosłowację. Niestety w Czechosłowacji złapano mnie i kolegów. Trafiliśmy do obozu przejściowego. Nie było tak strasznie jak np. w Oświęcimiu, ale też ciężko. Po dwóch miesiącach odesłali nas do Polski. Po powrocie na wieś szukałem kolegów. Dołączyłem do oddziału Stefana Bembińskiego ps. „Harnaś”. Traf chciał, że inna grupa zorganizowała napad na wojewodę, a ja zjawiłem się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwej porze. Gdy uciekałem, zaczął strzelać do mnie żołnierz z ręcznym karabinem maszynowym. Kiedy poczułem kilka szarpnięć amunicji o płaszcz, poddałem się. Zostałem aresztowany. Był to rok 1946. Groziła mi kara śmierci. Można powiedzieć, że uratował mnie Włodzimierz Kozłowski ps. „Orion”, który przyszedł na moją rozprawę ze swoimi ludźmi i ogłosił koniec partyzantki w radomskim. W więzieniu spędziłem 9 miesięcy.

Co Pan robił po wojnie?

Po wojnie szukałem pracy. Zatrudniony byłem m.in. w leśnictwie i przemyśle drzewnym. Udało mi się skończyć technikum. Do zakładu w którym pracowałem przyszli z Urzędu Bezpieczeństwa i namawiali do współpracy. Nie bardzo chciałem się zgodzić, ale koledzy poradzili, żebym się nie wycofywał, bo trzeba wiedzieć, co planuje nieprzyjaciel. Byłem czynny do końca PRL-u. Bez przerwy mnie UB wzywało. Mówili, że w każdej chwili mogą odwiesić moją sprawę i trafię do więzienia. Tak naprawdę to ja mam czyste sumienie. Wiem, że nie zrobiłem nikomu krzywdy.

Jak Pan z perspektywy czasu ocenia swoje życie?

Czasami sam się zastanawiam, jak mogłem to wszystko przeżyć. Życie miałem bujne. Ale wojna to straszna rzecz. Szkoły są zamknięte, nie można się kształcić. Ludzie tracą pracę, zarobki. Ginie tyle niewinnych osób. Wielu moich kolegów już nie żyje. Ja cieszę się, że dożyłem takiego wieku i mogę oglądać wolną Polskę.

Partyzantka działała prężnie. Wywiad z Józefem Łyżwą – Żołnierzem Wyklętym z regionu radomskiego. komentarze opinie

Dodajesz jako: Zaloguj się